Szwecja – wędkarski raj? Reviewed by Tomasz Nawrocki on . Trochę przekornie postawiłem znak zapytania na końcu tytułu i zapewne wielu, szczególnie polskich wędkarzy oburzy się na samą sugestię, że ten nasz zamorski sąs Trochę przekornie postawiłem znak zapytania na końcu tytułu i zapewne wielu, szczególnie polskich wędkarzy oburzy się na samą sugestię, że ten nasz zamorski sąs Rating: 0

Szwecja – wędkarski raj?

Szwecja – wędkarski raj?

Trochę przekornie postawiłem znak zapytania na końcu tytułu i zapewne wielu, szczególnie polskich wędkarzy oburzy się na samą sugestię, że ten nasz zamorski sąsiad wędkarskim eldorado nie jest. W porównaniu z naszymi, mocno przetrzebionymi zbiornikami, szwedzkie łowiska nadal stanowią obiekt marzeń i westchnień wielu wędkarzy i obiektywnie patrząc są dobre, patrząc jednakże przez pryzmat własnych doświadczeń oraz przeprowadzonych rozmów z napotkanymi wędkarzami i rodowitymi mieszkańcami Szwecji mam nieodparte odczucie, że ta „wędkarska ziemia obiecana” może wkrótce przejść do historii. Oczywiście tak stać się nie musi, ale zależy to również od samych wędkarzy.

Chciałbym zatem przybliżyć Wam Drodzy Czytelnicy, kilka łowisk, które od ponad 8 lat odwiedzam z moimi wędkarskimi przyjaciółmi. Opisy stoczonych „walk” z zębatymi drapieżnikami i przygód „około-wędkarskich” znajdą się także w mojej opowieści, ale przede wszystkim zależy mi na obaleniu kilku mitów i legend, którymi obrosły szwedzkie łowiska. Ucieszę się niezmiernie, jeśli ma opowieść będzie przydatna zarówno dla osób dopiero rozpoczynających „przygodę ze Szwecją”, jak również dla tych doświadczonych wędkarzy, którzy znajdą w niej odpowiedź dlaczego nie złowili trzystu szczupaków w tydzień.

Skąd pomysł takiego artykułu?

<Przygotowując się do kolejnego wyjazdu, bacznie przeglądam relacje z wypraw wędkarskich, które coraz częściej pojawiają się w Internecie lub na łamach wydawanych w naszym kraju czasopism. Porównuję je z własnymi doświadczeniami oraz osiągniętymi wynikami. Często można znaleźć w tych relacjach przydatne wskazówki odnośnie stosowanych przynęt, obiecujących „miejscówek” i specyficznych cech konkretnego łowiska. Mimo wszystko są to jednak bardzo subiektywne meldunki „znad wody”, które niewiele mówią o zmianach zachodzących w danym łowisku. Te zmiany mają często niebagatelny wpływ na to, jak w naszych wspomnieniach zapisze się wymarzony, wędkarski urlop.

Czy będziemy długo go wspominać podczas jesiennych wieczorów, czy też jak najszybciej zechcemy o nim zapomnieć. Tegoroczna wyprawa nad jedno ze szwedzkich jezior boleśnie przekonała mnie i moich przyjaciół, że rzeczywistość zastana nad wodą, czasami ma się nijak do relacji napisanej przez kogoś przed kilku laty…..Wrócimy jeszcze do tej historii, ale zacznijmy od początku…

Na początek zatoka Syrsan

Jest wczesne lato roku 2009. Z przyjacielem Markiem, zapalonym wędkarzem zastanawiamy się nad jakimś ciekawym łowiskiem szczupakowym. Niestety, zasoby okolicznych, rodzimych wód nie napawają optymizmem. W pewnej chwili Marek zaczyna opowiadać o Szwecji. O gigantycznych rybach, nieskażonej przyrodzie i ilości potencjalnych super łowisk. To nie są jego doświadczenia, a jedynie gdzieś przeczytane lub zasłyszane opowieści. Mimo to zasiane ziarno przygody pada na podatny grunt. Dlaczego nie spróbować? Wszak od nas, mieszkających w północnej Polsce jest tylko przysłowiowy rzut kamieniem do portu w Gdyni. Stamtąd szybki przeskok promem do Karlskrony i znajdziemy się na wędkarskiej Ziemi Obiecanej.
No dobrze, ale dokąd konkretnie i w jakim terminie? Szczupak kojarzy się z majem, ale maj już minął. Czekać do przyszłego roku nie chcemy. Może zatem spróbować jeszcze jesienią. Decydujemy, że wrzesień to dobra pora. Ale które łowisko wybrać? Przeglądamy Internet, szukamy najlepszej opcji. Do naszej dwójki dołącza kolejnych dwóch chętnych na wyprawę wędkarzy. Mój młodszy brat i wujek. Jest już nas zatem czterech. Wspólnie przeglądamy dostępne na rynku oferty. Decydujemy się wreszcie na ofertę firmy Eventurfishing i popularne wśród łowców okazów łowisko Syrsan. Jakże dłużą się dni do wyjazdu. Łapczywie czytamy wszystkie dostępne artykuły o tym łowisku. Kompletujemy sprzęt, narzędzia wędkarskie i prowiant. Wreszcie nadchodzi upragniony dzień wyjazdu. Ruszamy w drogę!

Pierwsze zauroczenia i pierwsze rozczarowania

Podróż mija w miłej atmosferze. Snujemy wizje o rekordowych rybach, które mamy nadzieję złowić. 260 km od portu do miejsca naszego zakwaterowania mija bardzo szybko. Wreszcie jesteśmy na miejscu, zostawiamy nasz samochód na leśnym parkingu, a gospodarz Peter zabiera nas oraz nasze bagaże z przystani i płyniemy na jego prywatną wyspę. Już w trakcie tej krótkiej przejażdżki jesteśmy pod olbrzymim wrażeniem czystości wody i piękna krajobrazu. Nagie skały groźnie piętrzą się przy brzegach zatoki, w wodzie pływają meduzy ( wszak to szkiery i woda jest lekko słona ) nad sosnowym lasem majestatycznie zatacza koła piękny morski orzeł. Całymi sobą czujemy potęgę tego, pięknego miejsca.
Raj nad wodą w Szwecji

Na wyspie przeżywamy kolejny szok. Poza zabudowaniami należącymi do gospodarza i trzemy domkami zbudowanymi specjalnie dla wędkarzy nie ma tam żadnych innych śladów ingerencji człowieka w naturę. Tylko drzewa i grzyby, mnóstwo grzybów! Zapomniałem już, że Szwedzi grzybów nie zbierają, a my Polacy i owszem. Idąc w stronę naszego domku oglądamy dorodne koźlaki, prawdziwki i podgrzybki. Jeśli ryby będą tutaj w takiej samej obfitości to trafiliśmy do wędkarskiego raju. W pośpiechu rozpakowujemy nasze rzeczy w przydzielonym domku. Domek jest nowy i posiada wszystko to co niezbędne na wędkarski urlop. Dobrze wyposażona kuchnia, estetyczna łazienka i wygodne łóżka.

Domek w lesie

Razem z gospodarzem idziemy na przystań gdzie czekają na nas duże, wygodne łodzie z silnikami Yamaha. Krótki kurs obsługi silników, ostrzeżenie o licznych głazach znajdujących się tuż pod powierzchnią wody, kilka wskazówek odnośnie najlepszych miejscówek i wreszcie możemy wyruszyć na wodę. Uzbrojeni w mapy batymetryczne ruszamy dwiema łódkami na pierwszy rekonesans. Pierwsze rzuty nie przynoszą rezultatów. Pewnie trzeba zapłacić frycowe, myślimy. Niestety po kilku kolejnych godzinach nadal nie mamy żadnego pobicia. Zmieniamy miejsca, dużo pływamy. Zaczynają się eksperymenty z przynętami. Oj, chyba w tej Szwecji też nie jest tak kolorowo jak nam się wydawało. Wreszcie udaje się coś złowić. Szczupaki nie są duże, ale walczą całkiem dzielnie. Pomalutku zaczynamy rozpracowywać łowisko. Mamy pierwsze refleksje.

Pod coraz większą kontrolą

Szkiery są całkiem innym łowiskiem, niż znane nam polskie jeziora i rzeki. Brak echosondy daje się we znaki, mapy nie zawsze są dokładne, trzeba bardzo uważać, żeby nie zniszczyć śruby silnika. Nawet w Szwecji, rybę trzeba wypracować. Po pierwszych dwóch dniach łowienia mamy na koncie zaledwie kilka szczupaków. Niestety żaden nawet nie zbliżył się do mitycznego metra. Pierwsze emocje opadają, zaczynamy rozważać co robimy nie tak, jakie przynęty są bardziej skuteczne, w jakich godzinach mamy najwięcej pobić. Przestajemy pływać na oślep, typujemy wspólnie najlepsze miejscówki i staramy się obławiać je na różne sposoby. Takie podejście poprawia nieco ilościowe rezultaty, ale ciągle brakuje nam okazów.

Żeby odpocząć od szczupaków odnajdujemy tzw. „okoniowe bankówki” i tam wreszcie widzimy różnicę pomiędzy naszymi rodzimymi łowiskami, a szwedzkim Eldorado. Wreszcie wędki uginają się tak jak w naszych wędkarskich snach, a dorodne garbusy co chwilę łakomią się na nasze gumowe przynęty. Okonie walczą dzielnie, a my wdzięczni za taką zabawę darowujemy im wolność. Niech cieszą kolejnych wędkarzy. Tutaj wypada wspomnieć, że na zatoce Syrsan obowiązuje całkowity zakaz zabierania szczupaków, a pozostałe gatunki można pozyskiwać jedynie do bieżącej konsumpcji. Wspaniałe zasady, warte naśladowania.

Wreszcie jest!

Uradowani okoniową zabawą, wracamy do szczupaków. Woblery typu Executor firmy Salmo wyjątkowo „smakują” naszym zębatym przeciwnikom. Czasem potrzeba jednak spenetrować głębsze partie wody. Mój wybór pada na srebrnego jerka firmy Jaxon uzbrojonego w pojedynczą kotwicę. Nie mam dużego przekonania do tej przynęty, ale jak eksperymentować to eksperymentować. Bez specjalnej wiary w sukces posyłam przynętę pomiędzy łodygi wystających z wody trzcin. Brzeg jest dość blisko, mimo to głębokość nadal wynosi kilka metrów. W pewnym momencie czuję zaczep i jestem pewny, ze to jakiś podwodny konar. Próbuję szarpnąć wędką, a „konar” zaczyna się ruszać. Wreszcie coś dużego! Walka jest dość krótka, szczupak jakby nie do końca wierzył, że mogę go jednak z tej wody wyciągnąć. Wreszcie ląduje na pokładzie.

Połów w Szwecji

Marek dokonuje szybkiego pomiaru i … 96 cm! A więc prawie metr. Udało się!

Cdn.

W obrębie serwisu obowiązuje całkowity zakaz kopiowania treści!

O autorze:

Tomasz Nawrocki

Mam 46 lat, wędkuję od 6 roku życia. Pasję do wędkarstwa zaszczepili we mnie mój ojciec oraz dziadek. Początkowo uprawiałem głównie wędkarstwo spławikowe, ale od 8 lat praktycznie tylko spinninguję. Mieszkam w Elblągu,z wykształcenia jestem inżynierem rybactwa śródlądowego, jednakże w zawodzie tym nie pracuję, Oprócz wędkarstwa uwielbiam podróżować, moim hobby są również języki obce i pisarstwo.

Opublikowanych artykułów: : 2

Skomentuj używając facebooka

Napisz komentarz

WedkarstwoMojaPasja.pl 2014

Przeczytaj inne:
metoda na karpia
Przechytrzyć karpia część 1, czyli od czego zacząć…

Metody na karpia Pierwsza część artykułów z serii "Przechytrzyć karpia". Zapraszamy do lektury!  W tym roku zasadzając się na tłuściutkiego...

Zamknij
Scroll to top