wedkarska-pozna-jesien
Wędkarska późna jesień
2 grudnia 2016
Lipien-pospolity
Lipień pospolity
11 października 2017

Szwecja – wędkarski raj – „Zimowa” wiosna na Syrsan

zimowa-wiosna-na-syrsan

Moją opowieść zakończyłem w momencie, kiedy wraz z przyjaciółmi wracaliśmy z jesiennej wyprawy nad zatokę Syrsan i snuliśmy plany o powrocie w to samo miejsce wiosną kolejnego roku. Po powrocie do domu bardzo dłużyły się nam jesienne i zimowe miesiące w oczekiwaniu na maj. Ale im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej przerażała nas pogoda.

Wiosna 2010 roku była wyjątkowo paskudna. Bardzo długo utrzymywały się niskie temperatury i opady śniegu. Zastanawialiśmy się czym przywita nas Szwecja, czy woda nie będzie jeszcze zamarznięta? W żartach padło nawet stwierdzenie, że zamiast wędek trzeba będzie zabrać ze sobą strój pingwina, żeby nie odróżniać się za bardzo od krajobrazu. Ale, żarty żartami, nadszedł w końcu długo wyczekiwany maj i ruszyliśmy w drogę. Powiększył się skład naszego zespołu, do którego dołączył mój, wówczas czternastoletni syn Marcin.

Do Karlskrony pływał wtedy z Gdyni niewielki prom typu RoPaX „Finnarrow. W porównaniu do aktualnie pływających na tej trasie promów „Spirit” i „Vision” mniej stabilny w przypadku wietrznej pogody na Bałtyku. Neptun oczywiście nie rozpieszczał i trochę nas w trakcie tej podróży wytrzęsło. Ale w końcu dotarliśmy do portu w Karlskronie i ruszyliśmy w kierunku dobrze znanego nam miejsca.

Niestety nasze obawy odnośnie pogody panującej w Szwecji okazały się uzasadnione. Na polach leżał miejscami śnieg, wiał północny, zimny wiatr. Im bliżej byliśmy naszej wędkarskiej bazy tym bardziej cieszyliśmy się z zimowych ubrań, które przezornie ze sobą zabraliśmy. Tylko czy szczupaki będą chciały żerować? Zaraz po przyjeździe zasypaliśmy naszego gospodarza pytaniami o wyniki poprzedniej grupy. Tak jak przypuszczaliśmy – zimna woda nie sprzyjała osiągnięciu dobrych rezultatów. Podobno łowiono jakieś pojedyncze szczupaki, ale bez okazów i bez „szaleństwa”. Hmm, może coś się zmieni w trakcie naszego pobytu? Pożyjemy, zobaczymy.

W poszukiwaniu ciepłej wody

Zaraz po zakwaterowaniu i rozpakowaniu naszych rzeczy ruszyliśmy czym prędzej na przystań. Wujek i Jacek tak jak poprzednio będą stanowili jedną załogę, my z Markiem i Marcinem będziemy pływali tym razem w trójkę. Łodzie są duże i stabilne, więc to nie jest problem. Oby tylko były ryby. Ruszamy na pełnym gazie w kierunku dobrze obłowionych jesienią miejscówek.

Śnieg na polach

Pierwsze rzuty woblerami, blachami, gumami , wszystkim co mamy w swoich arsenałach i żadnego pobicia. Temperatura wody , którą mierzy przetwornik naszej echosondy wynosi tylko 6-7 stopni Celsjusza. Oj, łatwo chyba nie będzie. Po kilkugodzinnym biczowaniu wody wracamy na nasze kwatery o przysłowiowym kiju. Atmosfera znacznie się popsuła. Widać wyraźnie, że jeśli nie nastąpi gwałtowne ocieplenie trudno będzie o dobre wyniki. Następnego dnia rano płyniemy w kolejne miejsca.

Uważnie obserwujemy wskazania echosondy. Tym razem mniej interesuje nas głębokość, a bardziej temperatura. Znajdujemy miejsca, gdzie woda jest cieplejsza o stopień, a nawet dwa. Intensywnie „oramy” wodę. Dzięki znakomitej przejrzystości wody widzimy często szczupaki stojące pomiędzy podwodną roślinnością. Niestety nawet blisko przepływająca przynęta nie robi na nich wrażenia. Stoją jak zaklęte.

Co robić, co robić? Szukamy kolejnych, zawietrznych zatok, gdzie woda będzie jeszcze choć trochę cieplejsza. Znajdujemy w końcu miejsce gdzie wyświetlacz pokazuje wartość dwucyfrową. Okrągłe 10 stopni! Może tutaj? To jednak nie jest nasz dzień. Mamy kilka niemrawych pobić i nadal nic. Spływamy do bazy. Wujek i Jacek również są „o kiju”. Jacek pokazuje co prawda pogryziony ogonek jakiegoś kopytka, ale żartujemy, że to drapieżne skały zostawiają takie ślady. Trudno, zostało jeszcze kilka dni, w końcu musi przejść przełamanie. I w końcu nadchodzi, ale dopiero podczas ostatnich dwóch dni naszego pobytu.

Wreszcie są!

Zostały nam tylko dwa dni do końca pobytu, kiedy wreszcie zaczynają się brania. Początkowo niemrawe, później w miarę jak woda zaczęła się ogrzewać coraz intensywniejsze. Przez walkie-talkie spływają pierwsze meldunki o wyholowanych szczupakach. Niektóre z nich są zacnych rozmiarów. Na naszej łódce jak zwykle Marek pokazuje klasę. Dla mnie jest to o tyle fantastyczne, że złowiony szczupak został wcześniej wypatrzony, a przynęta została podana precyzyjnie pod „sam nos”. Chwilę wcześniej Marek z przekonaniem zadeklarował , że go „wyjmie” i „wyjął”. A ryba była niczego sobie.

Pierwsze efekty

Dla mnie z Marcinem jest to piękna lekcja świadomego wędkowania. Nie chaotycznego rzucania po omacku z nadzieją , że coś się zaczepi. Po prostu klasa! Łowimy dalej, temperatura wody osiągnęła 12 stopni i szczupaki ożywiły się wyraźnie. Tylko Marcin markotnieje z minuty na minutę. Wszyscy już coś złowili, a on nadal nic. Faktem jest, że tym wyjazdem dopiero rozpoczął swoją przygodę ze spinningiem, ale przecież to jest do licha Szwecja. Brak efektów zaczyna go mocno deprymować. Żeby jakoś wynagrodzić mu ten brak szczupaka, proponuję, żebyśmy spróbowali połowić „białą rybę”. Tutaj mamy wspólnie większe doświadczenie, a ja też jestem bardzo ciekawy co kryje się pod powierzchnią wody.

Płocie na spinning

Wynajdujemy ciekawe miejsce i wtedy okazuje się, że na łódce jest tylko jedna wędka ze spławikiem. Zarówno Marek jak i ja też chcieliśmy zrobić przerwę od spinningu, więc postanawiamy improwizować. Szybko odcinamy przypony z naszych plecionek, wiążemy przypony z haczykiem, do tego jedna ołowiana śrucina i zestaw idzie do wody. A gdzie przynęta, gdzie spławik? – ktoś zapyta. No właśnie, łowiliśmy bez przynęty i bez spławika. Ale od początku.

Marcin zaraz po zarzuceniu swojej spławikowej wędki wyholował piękną płoć. Miał na łódce pudełko czerwonych robaczków i na nie łowił. Raz za razem na łódce lądowały potężne płocie. Ryby brały tak agresywnie, że Marek stwierdził, iż błyszczący haczyk bez przynęty też wystarczy, a sygnalizatorem brań będą szczytówki naszych wędek. Tak też zrobiliśmy. Robaczki zostawiliśmy Marcinowi. Cóż to była za przednia zabawa. Co chwilę wyginały się nasze wędki pod ciężarem okazałych płoci. Żeby w naszych wodach można było tak połowić.

Kolejne sztuki

Uradowani zabawą z płociami wracamy do domku. Wujek i Jacek też trochę połowili. Humory są już znacznie lepsze. Szkoda będzie wracać do Polski. Zazdrościmy kolejnej grupie wędkarzy. Ci to połowią. Woda jest już znacznie cieplejsza, szczupaki stają się coraz bardziej agresywne. Z pewnością na brak wyników nikt już nie będzie narzekał. Nam został jeszcze jeden dzień łowienia. Staramy się maksymalnie odrobić dni posuchy. Łowimy „do upadłego”. W końcu i mi trafia się piękna sztuka.

Szwedzki szczupak

Nadchodzi czas podsumowań. Co prawda przegraliśmy z pagodą, ale wracamy z kilkoma pięknymi okazami na koncie i bogatsi o nową wiedzę i nowe doświadczenia. Nasza ekipa zżyła się ze sobą i planujemy już kolejne wspólne wyjazdy. Co prawda mówimy naszemu gospodarzowi do zobaczenia, ale marzą nam się już nowe, inne szwedzkie łowiska.

Marcin nie poznał co prawda smaku walki ze szczupakiem, ale nałowił się do bólu pięknego „białorybu”. A jeśli chodzi o szczupaki to nikt wtedy nie przeczuwał, że za kilka lat to właśnie Marcin stanie się szczupakowym Mistrzem w naszej drużynie i to właśnie on będzie rozdawał karty w pięknej, wędkarskiej grze na szwedzkich łowiskach. O tym dokąd pojechaliśmy na kolejną wyprawę i jakie przygody nas tam spotkały będzie w kolejnej części mojej opowieści.

Jeżeli zainteresowała Cię moja historia, sprawdź od czego się zaczęło:

Szwecja – wędkarski raj – historia niedokończona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *