jak-i-co-lowic-w-maju
Jak i co łowić w Maju?
30 kwietnia 2015
na-karasia
Na karasia!
15 maja 2015

Pstrągi z Gwdy

Pstragi-z-gwdy

PSTRĄGI Z GWDY

Na Gwdę w Płytnicy dotarłem dopiero o godzinie 10.00. Oczywiście jak zawsze oprócz wędki zabrałem aparat, aby uwiecznić na fotografii wysadzony w 1945r. most przez cofające się wojsko niemieckie. Polecam, bo prezentuje się okazale, stojąc tak wśród drzew w jakże przepięknej rzece. Zrobiło się już cieplutko, a nad wodą latały jętki, niektóre z nich „przyklejały” się do tafli wody i wtedy natychmiast zostawały zasysane przez ryby. Nie miałem pewności czy to pstrągi czy może inne ryby. Z jednej strony ucieszyłem się, bo ryby żerowały, z drugiej jednak pomyślałem, że z woblerami może dziś być ciężko.

rzeka gwda

Przemieszczając się w górę wykonywałem rzuty w poprzek rzeki i przeczesywałem potencjalne miejsca gdzie „kropki” mogły stać. W pudełku mam sporo m.in. woblerków Gębalków pana Gębskiego, Andrzeja Lipińskiego, Lovec-rapy, Salmo, Dorado, jednak zdecydowałem się na założenie na agrafkę pływającego Salmo Executora Trouth 5cm. Niestety nie było żadnego kontaktu z rybą, aż do czasu, gdy dotarłem do wyspy z zawalonym drzewem gdzie obok niego nurt ostro przyśpieszał, a w uszach aż dudniło od impetu przelewającej się wody.

gwda ryby

Spojrzałem pod nogi i stwierdziłem, że w przypadku holu ryby mam małe szanse na podebranie jej – podbierak z krótką rączką, a skarpa miała około metra wysokości. Rzuciłem pod brzeg wyspy, obok drzewa gdzie woda była spokojna i patrząc na pływającego woblera przekręciłem korbkę kołowrotka i… natychmiast ujrzałem fantastyczny atak ogromnej ryby. To, co zaczął ze mną wyprawiać to był szok! Emocje sięgnęły zenitu – kij wygięty do granic możliwości, hamulec „kręcioła” cudnie grał, a ryba jeździła we wszystkie strony. Cudem udało mi się kilka razy odciągnąć rybę od drzewa, ale parę razy zdołał zanurkować w kamienie; i tu się bałem, że żyłkę szlag trafi. Jednak prawdziwa jazda zaczęła się, gdy doholowałem go do miejsca gdzie woda wariowała. Walka z tą przepiękną rybą w takim miejscu to najpiękniejsza sprawa na świecie. No i tu pojawił się problem – ryba była coraz bliżej, a ja nie wiedziałem jak zejść. Tuż przy rosnących obok krzakach było trochę lepsze zejście, wydeptane przez bobra. Zacząłem powoli przemieszczać się w stronę tego miejsca, cały czas kontrolując słabnącą rybę i nagle… TRACH! wpadłem do bobrowego mieszkanka, ale kija na szczęście nie puściłem. Szybko się wydostałem i już niewiele myśląc skoczyłem do rzeki, mimo, że miałem na nogach adidasy. Nie wiem czy to podczas upadku do bobrowej dziury czy może skoku do wody ryba musiała poczuć luz i z tego skorzystała – gdy już cały szczęśliwy szykowałem się by ją chwycić ręką, cały zafascynowany jej rozmiarem i pięknym ubarwieniem, poczułem luz, a ona machnęła płetwą jakby w geście tryumfu i popłynęła z prądem. Niezłą musiałem mieć wtedy minę.

Czułem pustkę, ale nie złość. Nieporadnie wdrapałem się na skarpę i drżącymi od emocji rękoma i z walącym sercem, które chciało rozsadzić mi pierś wyciągnąłem papierosa. Dopiero wtedy zacząłem się uspokajać i zauważyłem, że jestem cały spocony i mokry. Po kilku minutach wstałem i już trzeźwo myśląc obejrzałem żyłkę. Rzeczywiście w kilku miejscach, po przesunięciu palcami żyłka była poharatana, więc odciąłem na wszelki wypadek ze cztery metry i dowiązałem tego samego wobka. Bez przekonania rzuciłem w te samo miejsce, co poprzednio i zacząłem zwijać woblera to raz zatrzymując go na moment, to delikatnie szczytówką przyśpieszać i opuszczać, sprawiając by udawał słabą rybkę, która nie daje sobie rady z prądem rzeki. Gdy wobler zbliżał się do tego miejsca z przyśpieszającą wodą – BUCH! walnięcie wyrywające kij z ręki! Byłem chyba cały czas myślami przy wydarzeniach z przed chwili, więc choć zawsze odruchowo zacinam to teraz coś musiało pójść nie tak – puste branie. Szybko zwinąłem woblera i tym razem w pełni skupiony zacząłem rzucać dalej. Po kilkunastu rzutach ponowne branie, tym razem delikatniejsze, ale również mocne i po miłej, choć nie tak jak przed kilkunastoma minutami walce, już nie zwracając uwagi na nic, bo byłem i tak mokry, wskoczyłem do wody z podbierakiem w ręku i pstrąg 34cm ląduje w podbieraku.

pstrąg

catch and release

Po serii zdjęć z powrotem do wody i ryba już w domu. Znów się wdrapałem, papieros na ostudzenie emocji i do roboty… Cały czas konsekwentnie rzucałem w to samo miejsce niedowierzając w swą przygodę i w to, że jeszcze coś złowię, tym bardziej, że skoki do wody za ciche nie były. Po kilkunastu minutach znowu BACH! Walnięcie i ostra walka. Serce znowu zabiło, ale cały czas skupiony, postanowiłem, że nie popełnię żadnego błędu. Nie wiem ile trwa taki hol – z emocji nie ma czasu na spoglądanie na zegarek, ale po równie ekscytującej walce w podbieraku ląduje cudownie ubarwiony pstrąg. Rytuał ze wskakiwaniem i wdrapywaniem się na skarpę zostaje powtórzony i miarka pokazała 41cm.

pstrąg na zaubera

złów i wypuść

Ryba oczywiście została zwrócona rzece, a ja tylko spojrzałem na zegarek i zaskoczony stwierdziłem, że już czas wracać. Już? NIE! Przecież tak świetnie biorą… Ale niestety trzeba wracać. Czas podczas tak cudownie spędzonych chwil zdecydowanie za szybko mija. Te piękne tereny, cudowne miejsca i przyroda, łowienie w baśniowej scenerii sprawiło, że będę wracał nad Gwdę, gdy tylko się da. Tak – zwariowałem na punkcie kropków – nieodwracalnie…

pstrąg sypniewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *