Pstrag-teczowy
Pstrąg tęczowy
29 stycznia 2015
jak-i-co-lowic-w-lutym
Jak i co łowić w lutym?
3 lutego 2015

Noworoczne (wędkarskie) postanowienia

noworoczne-postanowienia

Końcówka stycznia. Nie jesteśmy aż tak bezlitośni, aby już teraz rozliczać Was z niezrealizowanych postanowień noworocznych, równocześnie nie jesteśmy jednak aż tak naiwni, aby wierzyć, że od Sylwestra udało wam się we wszystkich wytrwać. Tak czy inaczej, temat postanowień noworocznych co roku wraca jak bumerang i co jak co – ja jestem z siebie dumny. Moje postanowienia od dziesięciu lat zawsze brzmią tak samo. Bo nie ma to jak stałość w poglądach. Na solidnych fundamentach można budować największe konstrukcje.

Jak cała sytuacja ma się do wędkarstwa?

Otóż całkiem poważnie się ma. Wszak postanowienia wędkarskie na nowy rok zawsze są szczególne i co ciekawe – inne mają wędkarze, inne też ich żony i dziewczyny. Ci pierwsi przysięgają sobie, że będą więcej czasu spędzali na rybach, te drugie – że w tym roku w końcu wybiją swoim facetom z głowy wszystkie mormyszki, plecionki, woblery i przede wszystkim gumy – bo wiadomo, bez gumy zawsze lepiej w małżeństwie. Efekt starań obu płci jest z góry łatwy do przewidzenia: nic się nie zmieni i można być pewnym, że przyszłoroczne postanowienia, zarówno jedni jak i drudzy wyrecytują z pamięci. Podobnie jak ja.

Jednak temat wędkarskich postanowień nie zawsze jest taki zabawny. To poważna sprawa, bo przecież jak wędkarz coś sobie postanowi, to nie ma zmiłuj. Stąd zapewnienia, że w tym roku to już na pewno złowię bolenia, osiemdziesięciocentymetrowego lina, lub nauczę się robić zanętę. Postanowienia o poprawie rekordów życiowych pojawiają się zresztą najczęściej i nie ma się co dziwić, nic tak nie działa na wyobraźnię jak rozmiar. Swoją drogą, ciekawe jakie postanowienie na 2015 rok ustanowił sobie nasz znajomy z Wrocławia, który nie tak dawno wytarmosił tołpygę większą niż on sam. Z pewnością można je zaliczyć do postanowień wielkiej wagi. Z kolei jeden mój znajomy z rozbrajającą szczerością przyznał, że „W 2015 roku chciałby złowić cokolwiek”. Nie sprecyzował jednak czy chodzi wyłącznie o ryby, czy rozszerza swój zakres do nieco bardziej wyrafinowanych jeziorowo-rzecznych obiektów pływających. Tak czy inaczej ujął mnie tym za serce (i tylko za serce), dlatego trzymam za niego kciuki i obiecuję wam, że jeśli w końcu zrealizuje swój życiowy cel, to zrobię z nim wywiad, specjalnie dla was.

Są też postanowienia mające na celu naprawę świata i to już naprawdę nie są przelewki. Wędkarze chcą uzdrowić sytuację w swoich kołach, związkach i na łowiskach, a przynajmniej pragną zwrócić uwagę na nie zawsze zdrową sytuację. Dlatego deklarują: sumienne niepłacenie składek członkowskich, korzystanie z łowisk komercyjnych, wyjazdy do Szwecji (rozumiem, że na ryby, nie pytałem o szczegóły, ale Szwecja piękny kraj), omijać wody, w których nic już nie ma, odwiedzać wody, w których jeszcze coś jest (jasnowidzu , zadzwoń do mnie!).

Jedni się buntują i wyrażają obywatelski sprzeciw, zaś drudzy idą w odwrotnym kierunku. Podczas gdy pierwsi przestają płacić składki, inni obcują sobie w końcu wyrobić sobie kartę wędkarską, bo „głupio tyle lat na dziko”. Brawo, lata edukacji nie idą na marne, jeśli jeden na stu wędkarzy zrozumie, że będąc członkiem pewnej społeczności obejmuje się także odpowiedzialność za jej losy, to może wody nie staną się czystsze, ryb nie przybędzie, a brania nie zwiększą się o dwieście procent, ale będzie to kolejny kroczek do osiągnięcia wspólnego sukcesu jakim jest poprawienie stanu naszych łowisk. Cieszy także postanowienie stosowania się do zasady „złów i wypuść”, bo jak widzimy na wielu wodach, istnieje spora grupa wędkarzy, która się z niej zwyczajnie śmieje. Byłoby sprawiedliwie, gdyby tylko oni nie mieli brań, jednak przez to, że „złowiłem, to moje”, cierpimy wszyscy.

Wszystko fajnie, ale niektóre deklaracje napawają smutkiem:

skończyć z rybami, wyleczyć się z tej choroby, stopniowo wychodzić z wędkarskiego nałogu. Dla wszystkich rzucających takie twierdzenia mam raczej mało optymistyczną wiadomość: ta choroba w 99% przypadków jest niestety nieuleczalna. Można się zarzekać, opierać namowom kumpli, można całkiem długo wytrwać w swoich postanowieniach, ale tak czy inaczej jakiś szatański głos się w was odezwie i prędzej czy później (raczej prędzej), chwycicie za wędkę, którą już od dawna chcieliście sprzedać, ale jakoś nigdy nie było czasu, żeby się za to wziąć i hyc – nad wodę. Stamtąd już nie będzie odwrotu. Tak czy inaczej, chyba jednak lepiej mieć jakiekolwiek postanowienia, niż nie robić żadnych.

Najlepsze postanowienie zostawiłem na koniec, a to dlatego, że dotyczy po części każdego: i mnie, i Was, chociaż mnie pewnie bardziej. Aż się człowiek na chwilę zastanowi i pewnie przyzna rację, a brzmi ono: „skończyć z narzekaniem i zacząć wreszcie łowić ryby”. Czego i sobie i wam na cały rozpoczęty niedawno rok życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *